Cud

Był to chłodny listopadowy poranek.. Zaspana, rozleniwiona udałam się na poranną toaletę. Miałam dzień wolny od pracy, więc z niczym się nie spieszyłam. Usiedliśmy do śniadania razem z mężem, wszystko toczyło się jak co dzień..

Tak to się zaczęło

Byłam wówczas kobietą zupełnie nie spełnioną i średnio szczęśliwą. Średnio, bo szczęście dawało mi to, że byłam świeżo upieczoną mężatką, a więc było to dla mnie takim powiewem świeżości w moim średnio ciekawym życiu. Moja praca nie sprawiała mi zbyt wiele radości, nadchodziła zima, a więc najbardziej depresyjny czas w roku. Pamiętam, że marzyłam o tym, by pewnego dnia obudzić się w innym ciele, robić zupełnie coś innego. Bardzo pragnęłam zmian, do tego stopnia, że aż się dusiłam w swojej codzienności. Nie wiedziałam jeszcze jak wiele w moim życiu czeka mnie zmian.

A więc siedliśmy do tego śniadania, wypiliśmy poranną kawę. W planach miałam dzień pełen lenistwa, pod ciepłym kocem w towarzystwie netflixa i gorącej herbaty. Mąż udał się do pracy, a ja z największą przyjemnością poszłam realizować swój plan. Po drodze zapaliła mi się w głowie lampka, nie miałam powodów by cokolwiek podejrzewać, ale wpadł mi do głowy ten pomysł i nie mogłam z niego zrezygnować. Pomyślałam, że zrobię test ciążowy. Zupełnie bez emocji, no bo nawet jeśli.. To jeszcze zbyt wcześnie, bym się dowiedziała. W domu miałam zapas testów ciążowych, także poszłam i zrobiłam. Test położyłam na pralce i w sumie to nawet na chwilę o nim zapomniałam, wróciłam do swoich codziennych czynności. A gdy wróciłam sprawdzić wynik, nogi się pode mną ugięły.. Dwie kreski!!

Nowy etap

Rany! Jestem w ciąży? Ale jak to? Już widać? Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Nawet przez chwilę pomyślałam, że może po prostu test jest „zepsuty”, zrobiłam drugi… Dwie kreski! No teraz to już musi być prawda. Zalał mnie ogrom różnorodnych, intensywnych uczuć. Przelewały się one we mnie naprzemiennie. Radość, euforia, strach, ekscytacja.. Nie czekałam długo i jeszcze tego samego dnia umówiłam się do lekarza. Lekarz potwierdził, że „coś” tam widać, jednak było zbyt wcześnie by powiedzieć coś więcej. Wieczorem powiedziałam mężowi, być może w mało wyszukany sposób, ale w naszej sytuacji potrzebowałam jego wsparcia. Mieliśmy za sobą przykre doświadczenia w tym temacie, więc nie chciałam zostać z tym sama.

Wróciłam do pracy. Ciężko było zebrać myśli, skupić się na czymkolwiek. Cały czas myślałam tylko o naszym okruszku. Ten czas zanim poszłam na zwolnienie lekarskie był chyba dla mnie najgorszy. Każdego dnia rosła we mnie niepewność. To bardzo trudne przeżywać tak wielkie szczęście i tak wielki strach jednocześnie. Na każdą kolejną wizytę u lekarza czekałam jak na zbawienie, a kiedy już siedziałam przed gabinetem czekając na swoją kolej miałam ochotę stamtąd uciec, bo tak bardzo bałam się, że coś będzie nie tak. Kilka pierwszych tygodni na USG była widoczna tylko malusia kropeczka. Na którejś z kolei wizycie (a było ich na początku sporo) lekarz powiedział, że na następnej wizycie mamy już zobaczyć bijące serduszko. To miało być kluczowe dla dalszego rozwoju ciąży. Kiedy ktoś dowiaduje się o niej tak wcześnie na bijące serce musi trochę poczekać..

Niepewność

Tydzień później stał się cud… Jego serce biło pod moim sercem. Tak pięknie.. I to była najpiękniejsza melodia, najpiękniejszy widok. Miałam ochotę skakać z radości. Jednak gdzieś w środku czułam ten niepokój i wiedziałam już, że będzie mi towarzyszył, aż do dnia porodu.

W poprzedniej ciąży też widziałam bijące serduszko, pamiętam jak się wtedy ucieszyłam, oczami wyobraźni widziałam już siebie jako szczęśliwą mamę, to było spełnienie moich marzeń. Od kiedy tylko pamiętam chciałam być mamą. Niestety nie miałam wtedy pojęcia, że nie będzie mi dane tego doświadczyć, że moja radość potrwa bardzo krótko. To było bardzo trudne. Te wydarzenia nauczyły mnie pokory, odmieniły mnie. Moja żałoba trwała bardzo długo. Nie potrafiłam się z tym pogodzić.

Tak bardzo chciałam by tym razem było inaczej, bardzo chciałam w to wierzyć. Chciałam, żeby ktoś zabrał od nas tę niepewność i zagwarantował nam, że za kilka miesięcy powitamy na świecie naszego maluszka, całego i zdrowego.

Oczekiwanie

Każdy kolejny tydzień przepełniony był naszym wewnętrznym niepokojem o zdrowie i życie naszego dziecka. Modliłam się by tylko wytrwać do końca, choć przed nami było tak wiele czasu. To było cholernie trudne.. Mijały kolejne tygodnie, nadchodziły kolejne ważne badania, nasz maluszek rósł. Czas mijał bardzo wolno, a jednocześnie tak szybko. Mogę śmiało powiedzieć, że w czas ciąży to dla nas był czas pełen skrajności. Kto raz przeżył stratę, ten zupełnie inaczej podchodzi do tego wszystkiego. Nie tylko do tego wyjątkowego czasu jakim jest ciąża. Teraz już wiem, że także do bycia rodzicem.

Oczekiwanie na nasz mały cud zupełnie różniło się od tego co można zobaczyć w reklamach, w telewizji czy na Instagramie. W szczególności przez pierwszą połowę ciąży. Dlatego też radość często tłumił lęk, choć z całych sił starałam się myśleć pozytywnie. Bardzo szybko dowiedzieliśmy się, że to będzie chłopiec. Cieszyliśmy się niesamowicie mimo, że płeć nie miała dla nas większego znaczenia. Pamiętam ten moment kiedy przełamałam się i kupiłam pierwsze ubranka dla Synka. Nareszcie to wszystko stało się dla mnie namacalne, rzeczywiste, prawdziwe..

Szczęście

Czym bliżej dnia porodu, tym większe szczęście rosło w naszych sercach, ponieważ każdy kolejny dzień przybliżał nas do spotkania z naszym wymarzonym Synkiem. Czy się bałam? Bardzo.. Ale najbardziej bałam się o Niego. Chciałam tylko, żeby był zdrowy, dlatego byłam gotowa znieść wszystko, każdy ból, byle by z Jasiem wszystko było w porządku.

Przygotowania do rodzicielstwa nabrały w końcu dla nas barw, gdy zaczęliśmy urządzać jego pokoik i zaczęliśmy zajęcia w szkole rodzenia. Było wspaniale. Jakże nie mogłam się doczekać! Jeśli ktoś się zastanawia, czy szkoła rodzenia jest w ogóle potrzebna, to powiem tylko, że mi pomogła niesamowicie. Najważniejsza lekcja, którą z niej wyniosłam to to, że każdy etap porodu to po prostu kolejny etap wędrówki na szczyt góry. Jest ciężko, bo w pewnym momencie przychodzi zmęczenie, ale na samej górze czeka wspaniała nagroda. I właśnie w ten sposób traktowałam każdy kolejny skurcz, gdy znalazłam się na sali porodowej.

Godzina zero

W końcu po kilku miesiącach oczekiwania zdarzył się cud jeszcze większy od tego, który przeżyliśmy na początku. Była to sobota, wizytę w szpitalu miałam zaplanowaną. Poród miał zostać wywołany ze względu na moją cukrzycę. Byłam tchórzem i nim weszłam na porodówkę miałam ochotę stamtąd uciec. Dobrze jednak, że tego nie zrobiłam, bo myślę, że i tak zaczęło by się samo kilka godzin później, w dniu terminu. Nadszedł dzień, w którym mieliśmy poznać najcudowniejszą istotę na ziemi..

Ciąg dalszy nastąpi .. 🙂

Dodaj komentarz