Lifestyle

Nasz wielki dzień

Minął tydzień, te największe emocje opadły, więc chcę Wam troszkę o tym wszystkim opowiedzieć.

Gdybym miała użyć dwóch słów powiedziałabym tylko, że .. BYŁO PIĘKNIE.

Jednego każdy powinien być pewny. Nie da się wszystkiego zaplanować, nie da się mieć nad wszystkim kontroli, nie samemu. Mimo naszych największych starań potyczki są nieuniknione. Ale nigdy nie powinny niszczyć radości, naszych wspomnień. A wszystko jest tylko kwestią nastawienia.

Nasze najintensywniejsze przygotowania zaczęły się tydzień przed ślubem. Dzień za dniem mijały jak szalone, a my od świtu do nocy nie byliśmy poza domem, w ciągłej gonitwie. Dwa dni przed ślubem przyjechała do nas rodzina z daleka, co potęgowało tylko nasz stres, bo wiadomo, że przydałoby się ich jakoś ugościć, ale najzwyczajniej w świecie nie było na to czasu. Dzień przed ślubem miał być dniem relaksu, mieliśmy mieć chwilę dla siebie, tak to zaplanowaliśmy. Jak myślicie czasu poświęciliśmy sobie nawzajem? Nic z tego.. ani sekundy. Od rana krążyliśmy po mieście dopracowując ostatnie szczegóły naszego wesela, już koło 11:00 dekorowaliśmy naszą salę.. trwało to dobrych parę godzin a i tak zabrakło nam czasu. Od samego rana byliśmy w kiepskich humorach, można powiedzieć, że nic nam nie szło i chyba nie wypowiedzieliśmy do siebie żadnego miłego słowa. Zamiast napompowanych stu balonów, na sali powiesiliśmy raptem kilka, dmuchanych przez ostatnie pół godziny, które nam zostało do zamknięcia sali. Stłukły się nam wazony, osoby, które miały nam pomagać okazało się, że nie dotrą.. I tak mogę wymieniać w nieskończoność. Najbardziej dumna byłam z naszej ścianki i ogólnie naszego stołu, który zdobiły dekoracje wykonane przez moją mamę i chrzestną, oraz drewniane filary, na których powiesiliśmy na sznurkach nasze zdjęcia z sesji we wrzosach. Kiedy dzień dobiegał końca marzyłam tylko o tym, żeby położyć się w wannie, wziąć gorącą kąpiel i chociaż przez chwilę o niczym nie myśleć. Bolała mnie głowa, byłam bardzo zmęczona, chciało mi się płakać. Plan był taki, że maksymalnie o 22:00 kładziemy się spać, żeby być w miarę wypoczętym, tym bardziej, że mój budzik miał zadzwonić już o 6:00 rano. Tymczasem o godzinie 22:30 siedziałam zapłakana na stacji benzynowej parę kilometrów od domu, bo okazało się, że coś się zepsuło w samochodzie, na szczęście z pomocą przyjechał mój tata i brat, odwieźli mnie do domu, żebym mogła się już położyć, zasnęłam chwilę przed północą. Byłam załamana, odechciało mi się wszystkiego, ale tak bardzo chciałam zmienić nastawienie. Chciałam, żeby był to dobry dzień. I nie chciałam pozwolić, żeby coś go zepsuło. I wiecie co? Właśnie taki był.

Z samego rana pojechałam do fryzjera. Asia wyczarowała mi piękną fryzurkę, która trzymała się całą noc ! Była dokładnie taka jak chciałam. Luźna, lekka, romantyczna.. Fryzura oczywiście 🙂 Między fryzurą a makijażem miałam mieć „wolne” dwie godziny, ale wolne to pojęcie względne, bo i tak wszystko robiłam w pośpiechu. Pakowanie, szybkie zakupy, szybki posiłek i kierunek – dom rodziców. Wyobrażałam sobie to tak, że w domu będzie panował chaos, wszyscy będą się rozmawiać, śmiać się, szykować, chodzić z kąta w kąt.. Jak na jedną łazienkę 8 osób to całkiem sporo.. Więc nie nastawiałam się na przygotowania w spokojnej atmosferze. Było zupełnie odwrotnie. Gdy dojechałam do domu, był w nim tylko mój tata i brat, mama szykowała się na mieście, goście też się gdzieś rozeszli. Kilka chwil później przyjechała moja makijażystka Agnieszka. Malowała mnie w niemal zupełnej ciszy. I ta cisza doprowadzała mnie do szaleństwa, nagle zdałam sobie sprawę, że już bardziej się nie przygotuję, że czas mija, że będzie jak ma być. Byłam rozkojarzona, nie mogłam się na niczym skupić, totalnie na niczym. Zapominałam gdzie położyłam swoje rzeczy, które przywiozłam, i co w ogóle przywiozłam, czy wszystko mam.. Aga zrobiła mnie na bóstwo, byłam zachwycona, to mega zdolna i prze-kochana osóbka. Czekałam na świadkową i na mamę, pomyślałam, że jak one przyjadą to już wszystko się jakoś uporządkuje, będę miała jakieś wsparcie. Z nimi dam radę.  Mój brat włączył moją playlistę, którą wcześniej sobie stworzyłam specjalnie na tę okazję. Trochę poprawił mi się humor. Wraz z mamą i świadkową w drzwiach pojawili się też pierwsi goście i oczywiście fotograf i kamerzysta, których obecność również potęgowała mój stres. Tutaj ukojenie przynosiła świadkowa i rodzina, którzy zagadywali mnie i rozśmieszali. Dzięki temu jakoś się trzymałam, nie myślałam o stresie, do czasu..

Wymalowana, uczesana i ubrana, w pełnej gotowości oczekiwałam na przyjazd narzeczonego. Wiedziałam jaka będzie moja reakcja, od samego początku.. Nie myliłam się. Nasze pierwsze spotkanie odbyło się bez kamer, bez aparatów i bez innych gości. Chciałam, żeby to była nasza chwila. Byliśmy sam na sam. Gdy go zobaczyłam czułam się taka szczęśliwa, widziałam iskierki w jego oczach, podobałam mu się ! Ja i moja suknia. Tego chciałam. On też wyglądał cudownie, tak odświętnie, elegancko. Powiedział, że pięknie wyglądam, pocałował na powitanie, wręczył bukiet i łzy wzruszenia popłynęły po moich policzkach. To był ten moment, na który czekałam od wielu miesięcy.

Ruszyliśmy w drogę do kościoła, czułam się już pewniej, spokojniej. Trzymałam za rękę mężczyznę mojego życia, więc nic nie mogło pójść nie tak.. W tle przygrywał nam James Bay z piosenką Wild Love, prawdziwie jesienną i klimatyczną. Już chwilę później staliśmy na ołtarzu trzymając swoje prawe dłonie. Nie było tam wtedy nikogo w moich oczach. Tylko On, Ja, Bóg no i Ksiądz. Kiedy nadeszła moja kolej, czułam po pierwszych słowach jak załamuje mi się głos, a oczy stają się szkliste. Tak bardzo chciało mi się płakać, ze wzruszenia.. ze szczęścia. Wychodząc z kościoła czułam, że cały stres uszedł już ze mnie, i tak już zostało. Nie da się opisać tego uczucia.

O paru rzeczach zapomnieliśmy, kilku spraw nie dopilnowaliśmy, ale co z tego.. Nie przeszkodziło nam to w przeżywaniu tego dnia z uśmiechem na twarzy. Wszystko było dla mnie idealne, choć wcale nie dopięte na ostatni guzik.

Wciąż jeszcze mam przed oczami obrazy z tego dnia, był wyjątkowy. Wiem, że będę go pamiętać i wspominać całe życie.

Mężu, dziękuję że jesteś.

Udostępnij naszego bloga na:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

error

Podoba Ci się ten blog? Wspomnij o nas słówko !

Instagram
RSS