Ciąża

Witaj Synku!

Ciąża to wyjątkowy czas w życiu kobiety, wszystko wydaje się być wtedy takie wyjątkowe. Tak bardzo kochasz kogoś, kogo jeszcze nawet nie poznałaś. Jak to możliwe? Czyjeś malutkie serce bije pod Twoim sercem. Prawdziwy cud, prawda? Oczekujesz z niecierpliwością, kiedy w końcu zobaczysz tą małą osóbkę, która tak bardzo zawróciła Ci w głowie. No i w końcu nadchodzi ten dzień kiedy się spotkacie. Jeszcze nie wiesz, ale to będzie najszczęśliwszy dzień w Twoim życiu..

Tak właśnie było w moim przypadku. Jeśli miałabym wybrać najszczęśliwszy dzień mojego życia to byłby nim właśnie 13 lipca 2019, dzień w którym poznałam miłość mojego życia, Naszego Syna.

A zaczęło się tak..

Było piękne, gorące lato, a ja zmęczona i sfrustrowana oczekiwaniem powoli zbliżałam się już do terminu. Bardzo chciałam urodzić naturalnie, sama, bez wspomagaczy. Lekarz jednak zaplanował wywołanie porodu ze względu na moją cukrzycę. Przede mną był cały tydzień, w sobotę miałam stawić się w szpitalu, wtedy też miał mieć dyżur. Pomyślałam, że to dobrze, bo będę się czuła pewniej i bezpieczniej, w końcu to on prowadził ciążę od samego początku, więc najlepiej wie co i jak. Cały ten tydzień miałam jednak nadzieję, że coś się zadzieje i urodzę wcześniej. Ostatecznie tak się nie stało, dlatego w piątek wieczorem szykowaliśmy się do szpitala. Torby były spakowane już od ponad miesiąca, sprawdziłam jeszcze dla pewności, czy aby na pewno wszystko mamy. Miałam w sobie bardzo dużo odwagi, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Tej nocy nie mogłam spać, tak bardzo się stresowałam.. Moja pewność siebie znikała z godziny na godzinę. Nadszedł ranek, zjedliśmy na szybko śniadanie, spakowaliśmy torby do samochodu i ruszyliśmy na spotkanie z naszym synem.

Zostaliśmy przyjęci na oddział chwilę po 9:00, trwało to kilkanaście minut. W tym czasie lekarz mnie zbadał, przeprowadził ze mną rozmowę i dał szansę przełożenia jeszcze terminu wywołania o kilka dni, ale wtedy nie miałabym pewności, że jak zacznie się coś dziać to on będzie w szpitalu. Ostatecznie tego wyboru nie miałam, bo chwilę później okazało się, że wody odchodzą. Powolutku i bez scen jak w filmach. Prawdopodobnie gdyby nie wywołanie mój syn urodziłby się sam w dniu terminu, jednak zaufałam lekarzom i pozwoliłam im działać.

Sala porodowa – wrzosowa

Wrzosy to kwiaty, które towarzyszyły nam podczas sesji narzeczeńskiej, były też takim naszym ślubnym motywem, gościły na moim wieczorze panieńskim, na naszej sali weselnej oraz w moim bukiecie ślubnym. Jeśli myślę o wrzosach to tylko przez pryzmat tych najfajniejszych wydarzeń w moim życiu. Kiedy wprowadzili mnie na salę porodową wrzosową (w środku było fioletowo i faktycznie tak się nazywała) od razu zrobiło mi się ciepło na sercu. Może to głupie, ale poczułam wtedy, że to dobry znak i że wszystko będzie dobrze.

Podłączono mi oksytocynę, na początek niewielką dawkę. Położna, która do mnie przychodziła nie pałała radością co odbijało się na mnie. Czułam się źle, coraz bardziej się stresowałam. Przychodziły kolejne osoby z personelu, wypełnialiśmy dokumenty i w sumie w pierwszych godzinach nikt się nawet do nas nie uśmiechnął, nie dał słowa otuchy. Chciało mi się płakać, ale starałam się być silna. Dla siebie, dla męża, ale przede wszystkim dla Jasia. Wiecie jak to jest z tymi hormonami? Człowiek przejmuje się wszystkim dwukrotnie, albo nawet dziesięciokrotnie bardziej.

Akcja

Mijały pierwsze godziny, a ja czułam niewiele. Pojawiały się jakieś skurcze, ale w skali bólu o 1 do 10 mogłabym je ocenić na 4 może 5, było znośnie, żadnego postępu..Czas płynął mi bardzo wolno. Co jakiś czas przychodziła położna i podkręcała dawkę oksytocyny. Myślę, że taki poród dużo się różni od zwykłego.. Byłam coraz bardziej poirytowana brakiem postępów oraz tym, że byłam zniewolona przez wszystkie te kable, które mi podpinali. Międzyczasie odwiedziła mnie mama, ciocia i mama przyjaciółki, która pracuje w szpitalu. Ból w tym czasie zdążył zwiększyć swoją skalę. Mąż trwał przy mnie dzielnie, był na każde moje życzenie. Czytał mi w myślach, czego bardzo wtedy potrzebowałam. Był opanowany, tak jakby dokładnie wiedział co robić, zapewniał, że wszystko będzie dobrze, uspokajał kiedy się mocniej stresowałam. Podejrzewam, że sam był nieźle zestresowany, ale nie dał tego po sobie za bardzo poznać. Opiekował się mną jak potrafił i wiem, że bez niego nie dałabym rady.

Nadszedł moment kiedy ból przerósł skalę i nie miałam pojęcia jak sobie z nim poradzić, czułam się jakbym zwariowała. Mąż odliczał do kolejnego skurczu z precyzją co do sekundy, nie wiem czemu, ale pomagało mi to. Wiedziałam kiedy zacznie boleć i mogłam nacieszyć się chwilą spokoju. Masaż pleców był wtedy nieoceniony. Większość porodu spędziłam na piłce. W szkole rodzenia kazali nam jak najwięcej czasu przebywać w pozycji pionowej, ale ja nie byłam w stanie. Lekarz obiecał mi znieczulenie, którego na początku nie chciałam, ale dość szybko zmieniłam zdanie. Ponadto to była już moja jedyna szansa na poród naturalny, ponieważ postępy dalej były za małe, a minęło już wtedy około 8 godzin. Chwilę później nadszedł ten cudowny moment odpoczynku od bólu. Wtedy po raz pierwszy od kilku godzin się uśmiechnęłam i odżyłam. Przyszła moja mama i rozmawiałyśmy sobie jak gdyby nic. Cieszyłam się tym stanem i tym, że nic nie boli.

Najpiękniejsze powitanie

Jak wiecie wszystko co dobre szybko się kończy. Nadszedł moment kiedy poczułam jak znieczulenie przestaje działać, skurcze na nowo zaczęły być dla mnie bolesne, a co gorsza tylko po jednej stronie! Na szczęście nie tak jak wcześniej, było znośnie. W tym czasie nastąpiła zmiana personelu i pojawiły się dwie nowe położne. Przyszła do mnie młodziutka, prze kochana kobieta, dzięki której bardzo poprawił mi się humor! Zbadała mnie i oznajmiła, że za chwilę rodzę 🙂 To właśnie tacy ludzie powinni pracować w szpitalach. Była uśmiechnięta, pozytywna i bardzo życzliwa, dlatego też i ja byłam szczęśliwa. W końcu nastąpiła jakaś zmiana, dostałam informację, że jest postęp i… że za chwilę poznam synka! To była dla mnie cudowna wiadomość. Tego wieczoru położna, której imienia niestety nie znam była moim aniołem, a drugi anioł zjawił się chwilę później – była nim położna z mojej szkoły rodzenia ! To było dla mnie nieprawdopodobne, że właśnie na nią trafiłam. Od razu mnie rozpoznała, a ja już wtedy wiedziałam, że wszystko będzie dobrze.

Po kilkunastu minutach Synek był już z nami. Położyli mi go na piersiach, otuliłam go. Był najpiękniejszy, cudowny.. Płakałam ze wzruszenia. Nareszcie z nami.. cały i zdrowy! Patrzył na mnie swoimi pięknymi oczkami. Chyba spał, bo zupełnie nie wiedział co się dzieje, nawet za bardzo nie płakał. Pokochałam Go miłością nadludzką jak tylko go zobaczyłam. Nigdy nie sądziłam, że można kogoś kochać tak bardzo. Trzymałam właśnie w rękach swój cały świat, to było niesamowite. Nie da się opisać tego uczucia. To był mój cud, prawdziwy skarb.. Nie pamiętam co wtedy do niego mówiłam, zalała mnie fala emocji. Był idealny, nasz Jan. Stał się cud, cud narodzin..

Ten dzień na zawsze będzie najpiękniejszy dniem w moim życiu. Doczekałam się tego o czym zawsze marzyłam – zostałam Mamą.

Udostępnij naszego bloga na:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

error

Podoba Ci się ten blog? Wspomnij o nas słówko !

Instagram
RSS